Ridley Scott, „Łowca androidów”, wersja reżyserska
Epicka, uniwersalna, nie starzejąca się mimo upływu wielu lat opowieść o tym, czym jest człowieczeństwo, do czego prowadzi odwieczne pragnienie osiągnięcia nieśmiertelności, ubrana w sugestywną szatę wizualną, zafascynuje nie tylko zapalonych miłośników gatunku, ale także fanów kina, których zainteresowania dryfują w kierunku przeciwległym, czy też - nomen omen - ku innej galaktyce.
Sznur (Lina)
Hitchcock zaprasza nas na przyjęcie, na które w swoim stylu podrzuca także trupa, przy czym przede wszystkim serwuje nam ucztę formalną pod znakiem mistrzostwa z zakresu mise-en-scène, jako że film zrealizowany jest w niemal jednym (z koniecznymi przerwami na zmianę rolki, ale de facto bez znaczących zabiegów stylistycznych na stole montażowym) ujęciu.
Autor widmo
Z dość banalnej powieści polityczno-sensacyjnej Polański zrobił bardzo sprawny, trzymający w napięciu film w duchu swojego wcześniejszego „Frantica”, nie bez odniesień do Kafki i z charakterystycznym, groteskowym, czarnym humorem.






